 |
www.reko.fora.pl Forum Federacji Rekonstrukcji Historycznej
|
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Miś
Dołączył: 11 Sie 2008
Posty: 1121
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 5 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Republika Żoliborska
|
Wysłany: Pon 21:40, 13 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Stosel napisał: | "Do tego trzeba dobrego kija, i to z sękami. "-pruska szkola jednak najlepsza  |
Nikt nie kwestionuje skuteczności metody - tylko piekielnie szybko oddział topnieje
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
stefan
Dołączył: 05 Sie 2008
Posty: 932
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 6 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: ŻOLIBORZ
|
Wysłany: Wto 5:12, 14 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Remington- ja sie oczywiscie z Toba zgadzam, ze przemarsz jest zgodny z realiami epoki- akurat ja maszerowac bardzo lubie, zabila mnie poprostu jego bezsensownosc. kazdy myslal, ze na koncu czeka nas jakas mila nagroda a tu dupa-co czesciowo pewnie tez jest zgodne z realiami epoki. Woda to osobny problem- masz racje kazdy powinien miec manierke napelniona woda- tyle ze akurat kazdy w naszej sekcji oznacza 3-4os na 15. a potem jest jak z tymi mewami w "gdzie jest nemo"- DAJ DAJ DAJ. Tyle ze to jest akurat nasz problem, a nie organizatora
Pod wzgledem rekonstrukcyjnym impreza jaknajbardziej pozostawiala wiele do rzeczenia, ale nie byla tez idealem organizacyjnym. Mozna powiedziec ze dalismy z siebie tyle co organizator
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Miś
Dołączył: 11 Sie 2008
Posty: 1121
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 5 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Republika Żoliborska
|
Wysłany: Wto 6:05, 14 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Remington, polskie markietantki siedziały i pilnowały obozu, bo organizator zostawił wszystko bez ochrony. Z wodą było dokładnie jak pisze Stefan - i tu nie ma nic do dodania i szkoda każdego słowa.
Przemarsz... Gdyby nie było mowy od początku o defiladzie - każdy przygotowałby się do większego wysiłku, choćby staranniej sprawdził mundur i oporządzenie - i choćby zabrał właśnie więcej wody do plecaka, czy miskę obiadową. Przypominam, że pierwszym pomysłem było zostawienie plecaków w obozie, lecz padł kategoryczny rozkaz - zabierać.
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Rogal
Dołączył: 01 Paź 2008
Posty: 190
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Wto 8:05, 14 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Woda pitna ??? w beczkowozie - u nas jest jeszcze dopisek "zdatna do picia po przegotowaniu" bowiem nie widziałem aby była codziennie przywożona świeża tylko stała tam przez trzy dni więc ile bakterii mogło się rozwinąć. Tojki zostały zabrane gdy jeszcze połowa obozu nie wyjechała - czeska gościnność. Ponieważ byliśmy pierwsi i miejsca było dość to czemu akurat nakaz dla Polaków rozbijania się przy nawozie końskim a Czesi i Francuzi mogli rozbić się tam gdzie my chcieliśmy ale nam nie pozwolono.
Na początku starałem się chować mrok jednak po takim przyjęciu odechciało mi się - pierwszego dnia piłem z butli schowanej w chlebaku ale później już nie. dokładnie jak napisał Stefan - daliśmy z siebie tyle ile organizator.
Jeżeli chodzi o tojki to na małej imprezie na ok 100-200 żołnierza w Sandomierzu buło chyba z 10
Marszy się nie boję to że nogi padły to mój problem ale nie widziałem sensu tego spacerku i dlatego ta złość.
Na dowód tego następnego dnia wstałem i poszedłem w bój z poharatanymi nogami- czego akurat nie żałuję bowiem warto było i tak jak pisałem dopiero ta bitwa pomogła zapomnieć choć na chwilę o tym co było wcześniej.
Drzewo na ogniska - nie było was ale jak my przyjechaliśmy to przy nas wywieziono dwie przyczepy pociętego opału, zakazano brać siano a słoma która była zmieszana z błotem i lekko przygniła starczyłaby raptem na 1/3 namiotów, Ogniska raptem dwa - ile osób mogło przy nich coś zagrzać do żarcia - tworzyła się kolejka ja nawet nie zjadłem kawałka kiełbasy (kupionej przez nas nie organizatora) bo nie chciało mi się do niego przeciskać i poszedłem spać.
W kawałach to chyba Szkotów zamienię na Czechów i chyba wszyscy z naszego pułku będą się śmiać bo załapią dlaczego tak.
Jeżeli chodzi o szkołę żołnierza - zawsze jest potrzebna - dla nowych jak i dla starych bo i Ci również zapomnieli. Gdy porównywałem nas z innymi pułkami także czeskimi i francuskimi wcale nie widziałem różnicy - oni również załamywali linie i wg mnie nie byliśmy gorsi, ale nie twierdzę że taka nauka nie jest potrzebna.
Post został pochwalony 0 razy
Ostatnio zmieniony przez Rogal dnia Wto 10:35, 14 Lip 2009, w całości zmieniany 2 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Rogal
Dołączył: 01 Paź 2008
Posty: 190
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Wto 9:18, 14 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
A tu trochę fotek - fajne z naszymi dzielnymi grenadierami dobijającymi jegrów:
[link widoczny dla zalogowanych]
Post został pochwalony 0 razy
Ostatnio zmieniony przez Rogal dnia Wto 10:44, 14 Lip 2009, w całości zmieniany 2 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Darek Grenadier
Administrator
Dołączył: 31 Lip 2008
Posty: 1784
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 9 razy Ostrzeżeń: 0/5
|
Wysłany: Wto 17:25, 14 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
W ocenie tegorocznej batalii Znojmo – Dobšice nie mogę się zgodzić z moimi kolegami z pułku. Nie zamierzam także z nimi polemizować w kwestii odczuć na temat tego wyjazdu, bo każdy z nas ma własną wizję tego co chce przeżyć i jak spędzić czas.
Jest to moja druga impreza w Czechach i ponownie byłem mile zaskoczony jej wielkością, organizacją i intensywnością. Ilość i jakość grup biorących udział w biwaku i bitwie sprawia, że jest to bardzo malownicze, widowisko składające się z wielu niepowtarzalnych scenek i przeżyć.
Do Znojma dotarliśmy po około 10 godzinach jazdy. Mimo, że warunki podróży naszym „pomidorkiem” są bardzo dobre to tak długa trasa potrafi zmęczyć pasażerów (nie mówiąc już o kierowcy). Dzięki przybyciu na miejsce bladym świtem mogliśmy sobie „uciąć dwugodzinnego komarka” przy rondzie nad którym królowała kolumna z żołnierzem (najprawdopodobniej) radzieckim z czasów II Wojny Światowej. Po krótkim śnie i zjedzeniu śniadania w pobliskiej knajpce udaliśmy się na poszukiwanie miejsca biwaku. Tutaj dzielnie Miś razem z Rogalem i chyba Maćkiem dość szybko odnaleźli drogę na pole mające stać się naszym obozem. Tradycyjnie miejsca biwakowania były oddzielnie wyznaczone dla wojsk francuskich i oddzielnie dla wojsk koalicyjnych. Na miejscu zjawiliśmy się jako pierwsi (nie licząc Czecha – komendanta placu) i powoli, bez nerwów w słoneczku rozbijaliśmy nasze obozowisko. Miejsce gdzie był zorganizowany biwak, nie zachwycało urodą. Sąsiadowały z nami dość mocno sponiewierane przez czas i nie będące arcydziełami architektury działki, rzeka, las i pole ogórków za którym była druga rzeczka, a dalej rozciągał się dość ładny widok na wzgórza. Zaplecze sanitarne (współczesne) wydawało się dość skromne – przyczepa z beczką z wodą pitną oraz cztery toj-toje. Mimo pozornie małego rozmiaru zaplecza sprawdziło się ono moim zdaniem dobrze i wystarczająco. Dzięki przyczepie z beczką z wodą w obozie, z kilkoma niechlubnymi wyjątkami nie było plastikowych butelek z wodą i folii po zgrzewkach i innych tego typu „mrokach”. Toj-Tojki natomiast jak wynika z mojej obserwacji były cały czas utrzymane w znośnym stanie (przy czym jak zawsze na imprezach brakowało papieru toaletowego).
Nasze namioty powstały nieśpiesznie ale i bez niepotrzebnej zwłoki i stanowiły początek alejki wzdłuż której rozbijały się polskie oddziały. Przed ostateczną „transformacją” w rekonstruktorów udaliśmy się na drobne zakupy do pobliskiego centrum handlowego, gdzie zaopatrzyliśmy się w wodę i inne potrzebne artykuły…
Po przeobrażeniu się w rekonstruktorów zaczęliśmy robić – nic. I na tym robieniu nic czas zleciał do późnego popołudnia przeradzającego się w wieczór. Nie odbyły się żadne ćwiczenia ani patrol, a podnoszone co jakiś czas propozycje Stefana aby odbyć małe manewry były skutecznie pacyfikowane przez resztę. Wieczorem przyszedł powolny czas przygotowania ogniska w trakcie którego powstał pomysł wkopania w ziemie wysokiego kija z latarenką, który rozrósł się do całego drogowskazu na którym przyczepione zostały tabliczki z odległościami do Warszawy, Krakowa, Chrzanowa a potem jeszcze Polic i Gdańska. Na końcu pojawiła się nazwa Alei 7 Pułku Piechoty. Ten mały element nadał naszej części obozowiska niezwykłego kolorytu i unikalności.
Razem z nastaniem późnego wieczoru i nocy miał miejsce mały wypad do okolicznych zabudowań celem sprawdzenia zawartości beczek w pobliskich karczmach.
Po północy i wielu telefonach oraz ostatecznie podaniu namiarów do GPS-a do obozowiska przyjechał drugi rzut pułku razem z dowódcą, Jaśnie Oświeconym Starszym Sierżantem Dalekiego Zwiadu Woltyżerskiego Johnym. Na tym zakończył się dla mnie pierwszy dzień.
Drugiego dnia obudził mnie werbel, który tradycyjnie już z rana oznajmiał „początek dnia”, to taka wojskowa odmiana koguta. Mimo, że tym razem nie byłem wyspany to taka pobudka całkiem przypadłą mi do gustu. Po tym jak się wreszcie zwlekłem z siennika poszedłem na śniadanie – nie zachwyciło mnie. Ale się najadłem i starczyło mi to do wieczora, wiec narzekać nie będę, w końcu rekonstruuje żołnierza a nie marszałka.
Cały pułk powoli szykował się do zbiórki. Tutaj i tym razem nie było zaskoczenia – Czechów nie wyprzedziliśmy. W ramach polskiego batalionu dowodzonego przez kapitana 2pp stanowiliśmy drugą sekcję drugiego plutonu tworząc go razem z 3 pułkiem piechoty. Łącznie nasz pluton to było chyba 24 rekonstruktorów (w batalionie były 3 plutony polskie i jeden czeski, co daje w sumie liczebność na poziomie 90-100 luf). Przed wymarszem przeprowadziliśmy krótkie manewry – raczej dla przypomnienia i dogrania plutonów niż nauki.
Bitwa dnia pierwszego.
Jeszcze przed wymarszem z obozu zaobserwowaliśmy pojawienie się nowego kilkuosobowego i ciekawie wyglądającego oddziału (żółte spodnie, bikorny z czerwoną kitą). Okazało się, że są to żandarmi. Rekonstruktorzy Ci, nie tylko mieli ich mundury, ale również pełnili taką funkcję. Czego doświadczyliśmy przed wymarszem, kiedy nakazali nam posprzątanie bałaganu, który był pozostawiony przed naszymi namiotami. Również w trakcie trasy wykazywali się kierując ruchem na drodze, blokując skrzyżowania na czas przemarszu wojska i stając w newralgicznych punktach (np. na przejściu kolejowym). Po dotarciu na miejsce bitwy pilnowali, aby nie pojawiały się współczesne rzeczy, czego przykładem było wyszukiwanie osobników palących papierosy. Te ostatnie poczynania nie przypadły do gustu większości kolegów, ale moim zdaniem było bardzo fajne i nadawały „kolorytu” imprezie. Podczas samej bitwy pilnowali, aby „cywile” i widzowie nie podchodzili za bardzo na pole starcia, co przy dużej karności Czechów nie stanowiło chyba dużego problemu.
Przemarsz na miejsce bitwy był dla mnie osobiście bardzo męczący, ale i dawał okazję do sprawdzenia siebie, sprzętu (jego mocowania i ułożenia) i butów. Jednocześnie czerpałem ile mogłem z widoku dużej kolumny przemieszczającej się pomiędzy starymi zabudowaniami mijanej miejscowości oraz wspinającej się na niebagatelną i stromą górkę, na której ktoś wymyślił sobie bitwę. Widok był znakomity, szczególnie, że maszerowały bardzo dobrze wyszkolone i karne pułki. Po dotarciu na miejsce był czas na krótki odpoczynek, podczas którego nawet nie siliłem się na zdejmowanie plecaka, po prostu przechyliłem się w przód i tak odpoczywałem. Niestety pośpiech przy oporządzaniu się przed wymarszem sprawił, że nie nabrałem wody w manierkę. Było to bardzo bolesnym doświadczeniem, i tylko dzięki Stefanowi i koledze z, 2pp, którzy poratowali mnie kroplą wody mogłem jakoś oszukać pragnienie. Mimo to przez całą bitwę odczuwałem mocne pragnienie.
Po kilkunastominutowym odpoczynku przystąpiliśmy ponownie do ćwiczeń w ramach batalionu. Generalnie ćwiczyliśmy stare i teoretycznie dobrze znane manewry oraz nieczęsto do tej pory trenowane zwijanie i rozwijanie kolumny plutonów w linię. Był jeszcze jeden nowy manewr, ale jego wykonanie było na tyle złe, że nie można było go realnie wykorzystać w bitwie. Po tych bardzo krótkich (raczej symbolicznych) ćwiczeniach mieliśmy czas na czas na odpoczynek. Podczas jego trwania mieliśmy przeprowadzić jeszcze krótkie ćwiczenia z strzelania, które jednak nie doszły do skutku.
Sam większość tego czasu musiałem poświęcić swojej broni, która przy przestrzeleniu, mimo, że wyczyszczona spaliła tylko na panewce. Prawdopodobnie papier z tutki zaklinował się między otworem zapałowym i prochem uniemożliwiając jego spalenie w lufie i wystrzał. Koniec końców dzięki Miśkowemu grajcarowi a następnie również Miśkowemu papierosowi „odblokowałem” karabin, który gdy przyszła na niego kolej dzień później spisywał się znakomicie.
Nasz batalion, (który chyba „odtwarzał” dywizję bawarską) został ustawiony na lewej flance oddziałów francuskich, przy publiczności. Nie tylko, więc byliśmy na pierwszym planie, ale również rozpoczynaliśmy działania i walczyliśmy prawie do samego końca.
Batalię rozpoczęły jak zawsze przepychanki oddziałów kawalerii na przedpolu piechoty oraz ogień artylerii. Tutaj niezwykła szybkość, z jaką działa były ładowane zadziwiła wszystkich, niektórzy sprawdzając czas ładowania określili go na 20 do 30 sekund. Mimo, że nie było pirotechniki, szybki ogień artylerii sprawił, że pole bitwy zasnute było dymem tworząc odpowiedni klimat.
Następnie do walki ruszył nasz batalion. Poprzedzony przez rozwiniętą tyralierę powoli zbliżał się do białej linii Austriaków. Mimo, że odcinek nie był szczególnie długi to widoczne stało się łamanie linii i niedociągnięcie części oddziałów, co automatycznie obracało nasz front. Niestety długie manewrowanie i maszerowanie tak szeroką linią nie jest jeszcze dobrze dopracowane i wyćwiczone i mimo rozstawionych funkcyjnych nie udało się uniknąć jej łamania. Jest to też o tyle dziwne, że prędkość i krok jest określony w regulaminie i nie powinno dojść do takiego zdarzenia. Również dużą rolą funkcyjnych jest kontrola, aby żołnierze szlusowali do odpowiedniej strony. Tutaj po prostu trzeba krzyczeć i czasami pogonić towarzystwo, aby trzymało odpowiednio linię.
Po dotarciu do nieprzyjaciela rozpoczęła się wymiana ognia. Przyznam, że coś takiego widuje się bardzo żadko. Nie było to wystrzelenie dwóch ładunków i zwarcie, ale dość długa wymiana ogniowa, która wykazywała jak żołnierze są wyszkoleni i bezlitośnie obnażała wszelkie niedoskonałości nieprzygotowanie i słabe wyszkolenie. Prowadzony ogień był zarówno całym batalionem jak również sekcjami. Byłem pod wrażeniem tego elementu bitwy, który często jest nieuwzględniany przez dowodzących i pomijany. Jedynym mankamentem była mała liczba rannych i padających po obu stronach. Po wymianie uprzejmości, nasza linia została zniesiona zdecydowanym atakiem Austriaków, którzy złamali nasze prawe skrzydło i zmusili nas do odwrotu pod osłoną lekkiej piechoty. Po odtworzeniu batalionu, co zajęło trochę czasu podjedliśmy ponowny atak na nieprzyjaciela. Tym razem atakowaliśmy kolumną plutonów. Po dość ciężkich stratach od artylerii przełamaliśmy piechotę, która była przed nami, jednocześnie zostaliśmy zaatakowani z flanki przez Austriaków, którzy wyszli na naszą flankę. Tutaj w bitwę wkradł się mocny chaos a nasz batalion został ponownie rozproszony i zdezorganizowany, chodź sekcje i plutony walczyły dalej w zwarciu nie poddając się panice. Przyznam, że w tym wypadku wypadało– wręcz powinno się sekcjami lub plutonami stworzyć czworobok (w naszym wypadku – koło) i cofać w stronę własnej linii w celu odtworzenia spoistości jednostki. Po tych walkach nasz oddział wrócił na pozycje wyjściowe i tam doczekał do końca batalii, która miała się już ku końcowi. Niestety z mojej pozycji nie widziałem walki czeskiego batalionu, ale była też zacięta, o czym świadczyły wielokrotne salwy batalionowe. U nas nastąpiło porządkowanie szeregów i pierwsze polowe przeglądy karabinów, które (niestety w dużej ilości) zawiodły na polu walki.
Po tradycyjnej defiladzie przy wyjściu z pola bitwy wróciliśmy do obozu, tym razem męcząc się schodząc w dół i uważając, aby nie pojechać podbitymi butami po betonie.
Generalnie bitwa ta mi się bardzo podobała. Była miniaturą klasycznej bitwy napoleońskiej, jaką dobrze znamy z rycin i obrazów. Umożliwiła każdemu wystrzelenie sporej liczby ładunków, dała możliwość manewrowania oraz trochę zabawy przy ucieczce.
Koniec bitwy dnia pierwszego.
Po powrocie do obozu mieliśmy około 1,5 godziny dla siebie. Każdy to wykorzystał jak chciał, żadnych ćwiczeń po przebytej bitwie ani jej omówienia nie było.
Kolejną atrakcją był przemarsz przez Znojmo. Po krótkiej acz burzliwej dyskusji w sprawie plecaków wojsko wymaszerowało na defiladę i przemarsz „jak Pan Bóg nakazał”, czyli w pełnym oporządzeniu. Do miasta zostaliśmy przewiezieni autobusami. Po ustawieniu kolumny (szerokość plutonu) przeszliśmy przez (chyba) starówkę miasta i dotarliśmy do jego obrzeży gdzie, ku mojemu zdziwieniu kontynuowaliśmy marsz. Następnie wzdłuż rzeki wszystkie siły przemaszerowały do klasztoru/winiarni. Nie wiem, jaki był cel tego marszu, osobiście go nie poznałem, ale gdy go dziś wspominam jestem z niego zadowolony. Takie zmęczenie i ból tylko nadają w moich oczach realizmu zabawie. Oczywiście długi przemarsz po betonie i bruku a następnie dość nieprzyjemnej ścieżce dał się mi się mocno we znaki to jednak należy zauważyć, że ani nie szliśmy dłużej ani cięższą trasą niż inne pułki, tak, więc warunki były równe dla wszystkich. Przy tym mam wrażenie, że oddziały czeskie nie tylko prezentowały się lepiej, ale również czerpały radość z tego przemarszu. Przez wielu ten element imprezy jest nazywany bezsensownym i z tym nawet mogę się zgodzić, bo jak napisałem nie wiem, po co szliśmy do tego klasztoru, ale wiem, że mi się podobał. A jeśli faktycznie był bezsensowny to był idealną rekonstrukcją armii… Fakt jest, że należy przyjrzeć się swojemu wyposażeniu i temu co ma się na sobie bo jeśli taki odcinek powoduje urazy i kontuzje to znaczy, że jakieś elementy naszego munduru/wyposażenia są źle dobrane, wykorzystywane.
Jeszcze przed zakończeniem oficjalnych ceremonii wraz z kolegami z 2 i 12pp udaliśmy się w poszukiwaniu restauracji, pubu z myślą, że powrócimy do obozu na piechotę. Po całym tym defilado-przemarszu mogę to nazwać „odrobiną ekstrawagancji i szaleństwa”. Zwiedzając kolejne napotkane restauracje i puby miałem okazję skosztować regionalnej kuchni oraz miejscowego piwa i lokalnej odmiany coli (o mało swojskiej nazwie ZULU). Nasz przewodnik, którym był Tomek z Krakowa wybierał na miejsca postoju, co bardziej mroczne pubiki i knajpki w celu poznania lokalnego kolorytu.
Koniec końców, dużo śpiewając i trochę błądząc trafiliśmy do obozu między 23 a 24. Po kilku chwilach łykając na dobranoc wykwintne porto, którym zarządzał Stefan udałem się spać.
Rano, tradycyjnie obudziły mnie werble czeskich doboszy, co tak jak dnia poprzedniego już mnie powoli wciągało w klimat.
Olewając śniadanie postanowiłem trochę pospać. Przyznam, że na tym wyjeździe określenie „krnąbrny” czasami, (ale tylko czasami) pasowało do mnie. Z siennika wstałem, gdy było już bardzo mało czasu do zbiórki – niby można było uprzedzić 15 minut wcześniej a nie 5, ale fakt jest taki, że po werblu powinni wszyscy wstać i przygotowywać się do wymarszu.
Tym razem przezornie wypełniłem manierkę syfiastą wodą z mojito i stanąłem na swoim miejscu w sekcji, plutonie, batalionie.
Bitwa drugiego dnia
Druga bitwa, pozornie zapowiadała się dla mnie mniej ciekawie niż dnia poprzedniego, ale pozory potrafią bardzo mylić. Kolumną dwóch batalionów przeszliśmy przez mniejszą rzeczkę do wioski. Tam nasze bataliony się rozeszły (jak zawsze podziwiając widoki ten również mogę określić jako jeden z ładniejszych – rozchodzące się kolumny). Fakt, że niedaleko, bo staliśmy na dwóch drogach prowadzących do skrzyżowania. Tym razem pierwsi do walki weszli Czesi (można uznać, że nasze oddziały były przetrzebione poprzednią walką). Walka toczyła się na uliczkach tej wioski i miała charakter „przepychaniny”. Nasz batalion został szybkim marszem skierowany na skrzydło wojsk austriackich i uderzył na ich flankę z możliwością odcięcia ich od mostu. Również tutaj walka przyjęła charakter przepychania i wymiany oddziału, który wystrzelił na ten z naładowaną bronią. Koniec końców przeważyła nasza liczebność i oddziały koalicji musiały wycofać się za rzeczkę na pole przed naszym obozem. Zaraz za nimi przeszedł batalion Czeski, który rozwinął się w linie na prawo od drogi w wysokiej trawie i częściowo na polu ogórków. Nasz batalion uderzał drogą kolumną sekcji. Walczyliśmy na przedpolu naszego obozu. Tutaj nie sposób nie wspomnieć o pięknie i widowiskowości całej akcji. Artyleria, piechota, tyralierzy posuwający się w wysokiej trawie, prowadzący ciągle ogień wyglądali po prostu – świetnie. Trudno się nad tym rozpisywać, ale i trudno pominąć, bo widok był malowniczy, mam nadzieję, że będą z tego zdjęcia.
Nasz batalion, żmudnie i powoli przebijał się wzdłuż drogi. W tym momencie Jaśnie Oświecony Starszy Sierżant Dalekiego Zwiadu Woltyżerskiego Johny nakazał mi wraz z dwoma grenadierami walkę w tyralierze według uznania. Nie wiem, czemu to zrobił, marudzić nie będę, bo zabawa była przednia i może po prostu chciał dać się nam wyszaleć (albo zmęczył się moim kwękaniem). Szkoda, że nie było nas, 4 bo to by umożliwiło wzajemne osłanianie się, ale i we 3 świetnie sobie poradziliśmy, broniąc zaatakowanej armaty, prowadzać ogień z flanki nacierających oddziałów aż do momentu przejścia walki na teren obozu (tak, tak, walka przeniosła się prawie, że między namioty). Tutaj po raz kolejny grzechem byłoby nie wspomnieć o malowniczości batalii. Spychana linia Austriaków dokonującą regularnie kontrataków na bagnety i prowadząca długie i (co jest godne podziwu) nieprzerwanie intensywne wymiany ognia była naciskana przez wyklinowujące się oddziały francuskie. Przy okazji tych walk mieliśmy okazje, rozbić oddział Jegrów (naszych dobrych znajomych z Polski), którzy wielce majestatycznie i widowiskowo przegrywali.
Po tym elemencie bitwy „polowej” nastąpiła „wolna amerykanka”, kiedy to oddziały Austriaków cofały się leśnymi ścieżkami do mostu nad (większą) rzeką. Nasze sekcje ścigały ich nieprzerwanie aż wypchnęły z lasu ostatnich zdolnych do walki. W tym momencie byłem już wyczerpany i obolały. Gdy byliśmy tuż za plecami jednego z oddziałów nieprzyjaciela nie starczyło sił, aby go dopaść i rozbić. Niestety nie daliśmy rady i mimo, że lekko zdezorganizowany to zdołał się wycofał i odtworzyć linię.
Zepchnięciem Austriaków na most bitwa się zakończyła. Byliśmy totalnie zmęczeni i umordowani i wróciliśmy do obozu. Nie wiem tylko, czy była delegacja Polska podczas składania wieńców pod pomnikiem poległych w wojnie 1809 roku, jeśli nie to szkoda, jeśli tak, bardzo dobrze.
Koniec bitwy drugiego dnia.
Tutaj już generalnie kończy się nasza przygoda z tegoroczną rekonstrukcją w Znojmie. Po umyciu się szarym (ekologicznym) mydłem w pobliskiej lodowatej rzece przebraliśmy się i powoli szykowaliśmy do wyjazdu.
Droga powrotna przebiegła bardzo spokojnie, co nie dziwi patrząc na zmęczenie uczestników (oraz emocje, jakie uwidoczniła impreza).
Na koniec tej opowieści wielkie wyrazy, uznania, podziękowania dla Miśka, który prowadził samochód w obie strony, tak, że czułem się w nim bezpiecznie i spokojnie.
Po za opisem, pragnę nadmienić, że tekst ze względu na charakter publiczny nie zawiera mojej oceny działania 7pp w trakcie rekonstrukcji w Znojmie… . Temat ten może pociągnę później lub w innym dziale.
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
bezimienny
Dołączył: 05 Mar 2009
Posty: 237
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Wto 22:52, 14 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Czołem,
Ponieważ powyższy tekst jest najobszerniejszym opisem batalii pod Znojmo, zapewne po latach stanie się w historii rekonstrukcji bezcennym tekstem źródłowym
Dlatego uzupełniam te barwne wspomnienia o pewne informacje, tyczące się uszczegółowienia zawartych w nich danych.
Polski batalion (czyli, wedle uformowania armii, II batalion) sformowany był następująco: cztery plutony, każdy pluton po dwie sekcje (etatowo 24 osoby w plutonie, ale 3ci miał nieco niższe stany).
1 pluton
1 sekcja: 2pp (12)
2 sekcja: 12pp (5) i 2pp (7)
2 pluton
1 sekcja: 3pp (9) i 7pp (3)
2 sekcja: 7pp (12)
3 pluton
1 sekcja: 4pp (10)
2 sekcja: 4pp (10)
4 pluton (woltyżerski)
1 sekcja: tyralierzy-grenadierzy gwardii (czeski) (12)
2 sekcja: 113 pułk liniowy (włoski) (12)
Liczby w batalionie:
Pierwszego dnia bezpośrednio służących w linii i zdolnych do walki było 95 osób (w plutonach: 24 + 24 + 20 + 24, d-ca batalionu, 2 doboszy)
Dnia drugiego z powodu urazów itp, ze zdolnych do walki ubyło osób 6, stanęło więc 89.
Do wsparcia batalionu były przydzielone dwa działony artylerii.
Pozdrawiam.
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Rogal
Dołączył: 01 Paź 2008
Posty: 190
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Wto 23:31, 14 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Darek ty chyba zostaniesz pisarzem - pięknie to opisałeś. Tomku tak to było (z drobnymi poprawkami, uwagami co do pierwszej bitwy) jak Darek opisał, a moje teksty dołącz jako łyżka dziegciu do beczki z miodem bowiem mało pisałem o plusach.
Post został pochwalony 0 razy
Ostatnio zmieniony przez Rogal dnia Śro 6:49, 15 Lip 2009, w całości zmieniany 1 raz
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Steiner
Dołączył: 15 Lip 2009
Posty: 89
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5
|
Wysłany: Śro 8:01, 15 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Bardzo dziękuje za wspólną bitewkę, pierwszą i drugą.
Pierwsza była bardziej dla ducha, druga bardziej dla ciała.
Jako, że byłem w obozie przeciwnym, obce są mi wasze doznania. W obozie armii austriackiej był spokój. Owszem, zdziwiłem się, widząc namiot kawalerii uszyty z plandeki PCV, ale i słomy i drewna do ogniska wystarczyło dla wszystkich.
W obozie nie było wody żadnej, jednakże w pobliskim klubie sportowym była umywalnia, żarcie i prysznice, z których skwapliwie korzystały moje dziewczęta.
Na żarcie nie narzekam, było jakie było. Trochę zdziwił mnie obiad podany na śniadanie oraz śniadanie zapakowane na wynos jako obiad:) Byliśmy przygotowani na warzenie własnego jadła, z czego skorzystaliśmy w sobotni wieczór.
W boju byliśmy podporządkowani pod Jegrów austriackich, pokazali nam swoją taktykę i wg niej walczyliśmy w sobotę. Żadnych zgrzytów czy nieporozumień.
W niedzielę nareszcie mogliśmy pohulać w naszym stylu; w zasadzce, w trawie...
Po czym, po wystrzeleniu wszystkich 50 ładunków, polegliśmy.
Generalnie, bardzo udana impreza, bardzo nam sie podobały wszystkie elementy. Dwie bitwy, defilada, wino (choć rzeczywiście sikacz wyjątkowy).
Nasza grupa była na uroczystości kończącej całą imprezę. Przy kamieniu pamiątkowym w Dobszycach.
P.S.
Na filmiku fajnie widać, jak po uderzeniu na bagnety grenadierów austriackich, zdezorganizowany polski batalion pierzcha w nieładzie...
Scena żywcem z gry komputerowej "Kozacy II - Wojny Napoleońskie"
No i strzelanie całymi formacjami... wrażenia bezcenne!
Post został pochwalony 0 razy
Ostatnio zmieniony przez Steiner dnia Śro 8:05, 15 Lip 2009, w całości zmieniany 1 raz
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Darek Grenadier
Administrator
Dołączył: 31 Lip 2008
Posty: 1784
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 9 razy Ostrzeżeń: 0/5
|
Wysłany: Śro 8:54, 15 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Ciekawie jest usłyszeć jak wyglądała bitwa z drugiej strony.
Powoli się domyślam gdzie pojechało drewno z naszego obozu , ale i bez tego dało się wyżyć. Ogniska paliły się do końca imprezy a jeżeli chodzi o ilość to była mniej więcej regulaminowa.
Cytat: | zdziwił mnie obiad podany na śniadanie oraz śniadanie zapakowane na wynos jako obiad:) |
I teraz wszystko stało się jasne...
Cytat: | Byliśmy przygotowani na warzenie własnego jadła, z czego skorzystaliśmy w sobotni wieczór. |
I to jest bardzo cenne nie tylko rekonstrukcyjnie. Robiliście jedzenie z surowych produktów (marchewka do obrania czy coś takiego), czy z gotowych (np klopsy)? Warto abyśmy i my kiedys sprobowali zrobic sobie jedzenie z jak najbardziej podstawowych produktow.
Cytat: | W niedzielę nareszcie mogliśmy pohulać w naszym stylu; w zasadzce, w trawie...
Po czym, po wystrzeleniu wszystkich 50 ładunków, polegliśmy. |
Polegliscie na prawde zacnie. Ale troche chyba przedwczesnie bo w tym lesie po ktorym gonilismy niedobitki austryiakow mozna bylo dopiero zasadzki przygotowac. Chodź przyznam ze stado piechoty w tylarierze przynajmniej w czeskim batalionie bylo bardzo duze i skuteczne ostrelanie zwartej kolumny byloby trudne (pole do wykazania sie). Nie za bardzo wiem jak wygladala przyslona polskiego batalionu ale mam wrazenie ze byla mizerna, tutaj mielibyscie wieksze szanse chyba.
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Steiner
Dołączył: 15 Lip 2009
Posty: 89
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5
|
Wysłany: Śro 10:05, 15 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Żeby nie było tak różowo, to za ogrodzeniem obozu w postaci elektrycznego pastucha był ul z pszczołami. Ul był wielkości kiosku ruchu. Na drzewach wisiały dodatkowo gniazda pszczół, z których jedno, niczym bomba spadło na ziemię
Jedzenie było przygotowane metoda Jegierską, tzn. w drodze powrotnej z wycieczki do Wiednia części z nas, ukradliśmy z okolicznych pól płody ziemi, cebulę, kapustę, kabaczki, kartofle, marchewkę itd. Do tego poszły resztki kiełbasy i jajka przywiezione z domu (jajka trudno było ukraść - brak kur i kurników ). Wyszło coś w rodzaju Leczo, ale było i tak o niebo smaczniejsze od cienkich zupek serwowanych przez organizatora.
W niedzielnej bitwie musieliśmy zginąć w danym momencie, ponieważ:
-skończyły się nam ładunki
-wiedziałem, że odwrót wzdłuż rzeki będzie ciasnymi alejkami z publiką w tle.
Zamysł był taki, że Austriacy, wycofując się wciągają Was przed przygotowaną redutę. Co nawet sie udało. Armata stała na wale otaczającym ośrodek sportowy, wsparta grenadierami.
Ciekawym widokiem były salwy armatnie, gdzie wylot lufy był na wysokości głów atakujących zwartych kolumn francuskich.
W realu to dopiero musiała być siurpryza...
Kartaczem z przewyższenia, do zwartej kolumny w ciasnych leśnych duktach...
To chyba jakieś + 700 na kostce
Post został pochwalony 0 razy
Ostatnio zmieniony przez Steiner dnia Śro 10:06, 15 Lip 2009, w całości zmieniany 1 raz
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Owca.von.Kozic
Dołączył: 18 Lip 2009
Posty: 13
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: Sob 14:14, 18 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Czołem!
Darku - znakomita relacja!
Jeśli chodzi o opinie - dołączam do Ciebie. Głownie co prawda od strony rekonstrukcyjnej. Pragnę zwrócić uwagę, że pola obu bitew były historyczne, a do pierwszego (sobotniego) nie było innej drogi - chyba, że dłuższej. Widoki, zwłaszcza w czasie "wspinaczki" rekompensowały asfalt i trudy.
Batalie sobotnia byłbym oceniał jako bardzo dobrą - CENSowską - czyli nie za wiele fantazji, za to dobra szkoła dla machiny dowódczej. Zwróćcie Panowie uwagę, że polski batalion działał naprawdę nieźle i tylko raz rozsypał się w akcji - i to w sytuacji okrążenia.
Nareszcie dano tez wojsku możliwość nastrzelania się na jednej pozycji - choć ja i tak czekam na chwile, kiedy batalion dostanie rozkaz obrony pozycji i przez 15-20 minut będzie dawał ognia dowolnego
Marsz pobitewny - wiadomo.
Bitwa niedzielna - cymesik, świetna zabawa, choć szkoda nieco, że przy debuszowaniu z mostku zabrakło miejsca na zdecydowany szturm kolumną albo rozwinięcie się w prawo, do boju ogniowego.
Wyścig nadrzeczny - klasa sama w sobie.
Co do uwag organizacyjnych - kto był w 2005 roku na Austerlitz, ten wie, że tegoroczne jadło na Znojmie było z wyższej półki Serio!
Wody starczyło aż do niedzieli - jeszcze rano zdążyłem się umyć, zabrakło jej jakoś koło 12.00 czy nawet później. Jej dystrybucja to z kolei poruszana już sprawa posiadania manierek czy epokowych wiader/baniaków.
Co do rozmieszczenia obozu - bolesne pozbawienie nas prawa samowolki wynikało z konsekwentnie realizowanego planu rozstawienia obozu wg. regulaminów i przepisów. I to się udało. Pas ziemi na ogniska był wyznaczony i można było jeszcze kilka tam rozpalić.
Natomiast faktycznie fatalnie prezentowała się sprawa dystrybucji żarcia i napitków, dla czyścioszków - także innych mediów. Konieczność zaiwaniania do ośrodków "tenisowych" istotnie męczyła, zwłaszcza w chwilach przerw między bitwą a marszem.
Pełniąc jednak konsekwentnie rolę adwokata diabła - spora część niedociągnięć, zwłaszcza w kwestii ilości słomy, żarcia, drewna, wody czy tojków (których jednak starczało, żaden się nie przelał, w niedzielę wszystkie były nadal sprawne) wynikała z kłopotów finansowych - na kilka (dwa-trzy?) tygodni przed biwakiem wycofał się główny sponsor i pozostały jedynie dotacje miejskie. Zapewne w dużej mierze otrzymane w zamian za ów przemarsz.
Ja w każdym razie bawiłem się przednio i do Czech będę jeździć. Dla wojaczki i nauki
pozdrowienia dla 2go plutonu!!!
von Kozic
fizylier P3P XW
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Darek Grenadier
Administrator
Dołączył: 31 Lip 2008
Posty: 1784
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 9 razy Ostrzeżeń: 0/5
|
Wysłany: Pon 13:49, 20 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
Cytat: | Ciekawym widokiem były salwy armatnie, gdzie wylot lufy był na wysokości głów atakujących zwartych kolumn francuskich.
W realu to dopiero musiała być siurpryza...
Kartaczem z przewyższenia, do zwartej kolumny w ciasnych leśnych duktach...
To chyba jakieś + 700 na kostce |
Ja często mam wrażenie, że wróg ustawił się lepiej, szybciej i generalnie ma nad nami przewagę i zaraz dostaniemy w d.... Często jest to niesłuszne, ale sądzę, że generalnie żołnierze też raczej odczuwali sytuacje właśnie w ten sposób niż, że to oni kogoś złapali w potrzask.
Element bitwy w lesie, był niestety bardzo krótki (może taka była taktyka Austryiaków, aby jak najszybciej wydobyć się z lasu i sformować linię). Ja już co prawda tam ledwo się trzymałem i byłem praktycznie bez amunicji ale żałuję, że to było takie krótkie. Po wyjsciu z lasu faktycznie byliśmy jak na strzelnicy, tylko pojedyczne punkty dawaly mozliwosc ochrony poszczegolnym zolnierzom - wychodzace oddzialy byly wystawione na ciezkie straty.
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
MPi
Dołączył: 11 Sie 2008
Posty: 604
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 8 razy Ostrzeżeń: 0/5 Skąd: Zakroczym
|
Wysłany: Pon 14:09, 20 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
W tym wypadku najistotniejsze było odciącie Austriaków od wału, co miał zrobić nasz batalion i co niestety sie nie udało. Gdybyśmy wyprzedzili wroga i zablokowali go u zbiegu dróżek (w miejscu gdzie droga, którą szliśmy podchodzi do rzeki), to bitwa byłaby wygrana. W momencie, gdy nam umknęli i ustawili się na wale przy moście było już po jabłkach. Może, gdybyśmy mieli jeszcze ładunki i odrobinę sił, mozna by się pokusić o jakiś efektowny szturm na wał, ale w tym stadium bitwy nie było już szans na uzyskanie powodzenia. Cel zatem (zepchnięcie Austriaków do rzeki) nie został osiągnięty. Powinniśmy po wpędzeniu ich do lasu szybciej przebierać nogami w celu ich obejścia.
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
Autor |
Wiadomość |
Darek Grenadier
Administrator
Dołączył: 31 Lip 2008
Posty: 1784
Przeczytał: 0 tematów
Pomógł: 9 razy Ostrzeżeń: 0/5
|
Wysłany: Pon 14:17, 20 Lip 2009 Temat postu: |
|
|
No to faktycznie było to karkołomne, bo generalnie musielibyście ich wyprzedzić na tych samych ścieżkach na których oni się wycofywali. Także ustawienie batalionu na to nie wskazywało - szedł z prawej strony dalej od rzeki wyprzedzony przez 1 batalion.
W takim wypadku jednoznacznie przydałyby się rezerwy (ok 1-2 plutonów, świerzych wypoczętych, które będa miały siłę zaatakować).
Ale z drugiej strony fajnie, że się nie udało - to świadczy o tym, że takie bitwy nie muszą być reżyserowanym przedstawieniem i, że możliwe są różne rozstrzygniecia. A jak decydują o nich: dowodzenie, wyszkolenie i wyćwiczenie żołnierzy to tym lepiej.
Post został pochwalony 0 razy
|
|
Powrót do góry |
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
|